PRZEWODNIK HISTORII

Alternatywny Kraków,
sierpień 1984

Państwo kontroluje magię przez Biuro Rejestracji Zjawisk, kościelne relikwie chronią dzielnice, a czarny rynek handluje snami, krwią i przewidywaniami. Major Helena Sarnowska musi rozwiązać morderstwo Kruka i odkryć, kto napisał przepowiednię krwią, zanim data zmusi ją do czynu, którego najbardziej się boi.

CENA MAGIIPrawdziwa magia zawsze zabiera coś z ciała albo pamięci.
PAMIĘĆ KRWIKrew przechowuje zamiar, a nie tylko życie.
PRZEPOWIEDNIAPokazuje najbardziej prawdopodobną winę, nie pewną przyszłość.
ŚMIERĆNie można jej cofnąć bez odebrania życia komuś innemu.

BIBLIA POSTACI

Bohaterowie

Helena Sarnowska

40-letnia major i śledcza Wydziału Spraw Nienaturalnych. Trzeźwa, uparta, obciążona winą po śmierci brata.

Marek Zięba

38-letni porucznik, cyniczny były kleryk. Rozpoznaje ślady liturgicznej magii i chroni Helenę, nawet gdy jej nie ufa.

Dr Irena Młynarczyk

52-letnia patolog pracująca na granicy medycyny i nekromancji. Precyzyjna, opanowana i odporna na grozę.

Wiktor „Kruk” Brzeziński

43-letni zamordowany jasnowidz i konfident. Jego śmierć jest zarazem wiadomością, pułapką i ostatnią transakcją.

Niedziela

Dziesięcioletnia dziewczynka o nieruchomych oczach; przewodniczka po targu snów i posłanka Kruka.

Adam Sarnowski

Czternastoletni młodszy brat Heleny, którego śmierć siedemnaście lat wcześniej została zapisana fałszywą pamięcią.

Autor

Beztwarzowy sprawca manipulujący czasem, scenami i cudzą winą; urzędnik z głową z zapisanych kartek.

01

ROZDZIAŁ 1

Ściana pamięta

Helena Sarnowska bada śmierć jasnowidza i znajduje wiadomość, która zna jej przyszły grzech.

Upał wisiał nad Kazimierzem jak brudna kołdra. W oknach kamienic stały miski z wodą i gałązki bazylii, stare kobiety spluwały przez lewe ramię na widok munduru, a z rynsztoków podnosił się zapach zgniłych owoców, benzyny i czegoś jeszcze — tej słodkawej nuty, którą Helena Sarnowska rozpoznawała szybciej niż własne imię.

Krew.

Radiowóz zostawili przy placu Nowym. Dalej trzeba było iść pieszo, bo ulica Ciemna była zatarasowana przez beczkowóz, dwie furmanki i grupkę gapiów, którzy udawali, że nie patrzą w stronę kamienicy numer siedem. Helena minęła ich bez słowa. Miała na sobie lnianą koszulę, przepoconą pod pachami, i cienką marynarkę, której kieszeń obciążał służbowy pistolet oraz różaniec bez krzyżyka. Nie wierzyła w Boga, ale wierzyła w rzeczy, które cofały się przed poświęconym srebrem.

Porucznik Marek Zięba dogonił ją na schodach.

— Trzecie piętro — powiedział. — Sąsiedzi słyszeli śpiew. Potem śmiech. Potem nic.

— Kiedy?

— Około drugiej w nocy. Zgłoszenie dopiero rano. Nikt nie chciał pierwszy zapukać.

Helena nie musiała pytać dlaczego. Kamienica była stara, z tych, które pamiętały modlitwy w jidysz, niemieckie rozkazy i powojenne przydziały mieszkaniowe. Takie domy miały własny rozsądek. Kiedy coś złego działo się za ścianą, lokatorzy gasili światła i czekali, aż zło wybierze inne drzwi.

Na półpiętrze stała dziewczynka w niebieskiej sukience. Może dziesięć lat, bose stopy czarne od kurzu. Trzymała w objęciach martwego gołębia.

— Nie wolno tu być — powiedział Marek.

Dziewczynka spojrzała na Helenę. Miała oczy jasne i nieruchome, jak na świętych obrazkach zalanych woskiem.

— On prosił, żeby pani przyszła — szepnęła.

Helena zatrzymała się.

— Kto?

Dziecko przycisnęło ptaka mocniej. Z rozchylonego dzioba wysunął się czarny język, cienki jak sznurek.

— Pan Kruk.

Zanim Helena zadała następne pytanie, z góry dobiegł chrapliwy głos posterunkowego. Ktoś kazał zabrać dziecko, ktoś inny zaklął, bo kreda ochronna rozmazała się na progu. Helena ruszyła dalej, czując, jak pot spływa jej między łopatkami.

Wiktor Brzeziński mieszkał w jednopokojowym lokalu z kuchnią, ale drzwi zabezpieczono jak wejście do kaplicy: sól w szparach, czerwone nici na klamce, trzy gwoździe wbite w futrynę główkami do środka. Wszystko było nienaruszone. To była pierwsza zła wiadomość.

Druga czekała w pokoju.

Brzeziński siedział przy stole, nagi do pasa, związany drutem telefonicznym. Głowę miał odchyloną, usta otwarte szeroko, jakby próbował połknąć własny krzyk. W gardle tkwiły pióra. Dziesiątki czarnych piór, mokrych, posklejanych, wychodzących spomiędzy zębów i z nozdrzy. Na piersi wycięto mu znak: okrąg przecięty pionową kreską. Nie była to żadna oficjalna pieczęć ani znany herb cechu. Helena widziała za to podobny symbol raz, przed siedemnastu laty, na ścianie kostnicy, kiedy identyfikowała ciało brata.

Nie pozwoliła sobie drgnąć.

— Kto dotykał? — zapytała.

— Nikt z naszych — odpowiedział posterunkowy. — Lekarka jeszcze nie weszła. Czekaliśmy na panią major.

Helena skinęła głową. Major. Stopień brzmiał solidnie, niemal państwowo. W Wydziale Spraw Nienaturalnych oznaczał głównie tyle, że miała prawo podpisać protokół, kiedy trup zaczynał mówić.

Marek przykucnął przy progu i przesunął palcem nad rozsypaną solą, nie dotykając jej.

— Bariera zamknięta od wewnątrz — mruknął. — Albo wpuścił zabójcę sam, albo zabójca już tu był, zanim ją postawił.

— Kruk nikogo nie wpuszczał po zmroku.

— Może zrobił wyjątek.

Helena spojrzała na martwego. Wiktor Brzeziński, jasnowidz trzeciej kategorii, konfident dwóch wydziałów i pół tuzina gangów, znał cudze sekrety, ale nigdy nie znał własnego końca. Przez lata sprzedawał milicji drobne przepowiednie: gdzie znajdzie się nóż, która wdowa kłamie, w którym piecu spalono rękę. W zamian władze przymykały oko na jego buteleczki z krwią młodych kobiet i zeszyty z datami urodzeń.

Na stole leżała jedna taka buteleczka, przewrócona. Krew spłynęła na ceratę, lecz nie skapnęła na podłogę. Zatrzymała się na krawędzi stołu, gęsta i wypukła, jakby czas wokół niej stanął.

— Nie podoba mi się to — powiedział Marek.

— Tobie nigdy się nic nie podoba.

— Tym razem mam rację.

Helena obeszła stół. Dopiero wtedy zobaczyła ścianę za plecami trupa.

Napis zajmował prawie całą przestrzeń między szafą a piecem. Litery były wysokie, nierówne, przeciągnięte palcem albo kością. Krew zdążyła ściemnieć na brzegach, ale w środku wciąż lśniła świeżo, jak otwarta rana.

Wiem, co zrobisz 6 sierpnia 1984 roku.

W pokoju zrobiło się bardzo cicho. Nawet muchy, które krążyły nad miską z niedojedzoną zupą, jakby zawisły nieruchomo.

Marek przeczytał napis półgłosem i przeżegnał się odruchem, którego nienawidził.

— Jutro — powiedział.

Helena nie odpowiedziała. Patrzyła na słowo „zrobisz”. Nie „zrobił”. Nie „zrobi”. Ktoś mówił do żywego. Do kogoś, kto miał wejść do pokoju i przeczytać ścianę.

— Zabezpieczyć mieszkanie — rozkazała. — Zdjęcia, próbki tynku, buteleczka ze stołu. Sól też. Nikogo nie wypuszczać z kamienicy, dopóki nie spiszemy lokatorów.

Posterunkowy pobladł.

— Wszystkich?

— Wszystkich.

— Obywatelko major, tu mieszka osiemdziesiąt osób.

— To zacznijcie od tych, którzy jeszcze oddychają.

Weszła doktor Irena Młynarczyk, drobna kobieta w męskim kapeluszu, z czarną torbą lekarską. Nie przywitała się. Zatrzymała się przy ciele, powąchała powietrze i skrzywiła usta.

— Umarł przed północą — powiedziała. — Ale pióra wciąż rosną.

Marek zaklął cicho.

Helena pochyliła się nad trupem. Rzeczywiście: jedno z piór wysuwało się z kącika ust Brzezińskiego powoli, niemal czule. Jak źdźbło trawy z ziemi po deszczu.

— Czy on cierpiał? — spytała, choć nie powinna.

Doktor Młynarczyk spojrzała na nią krótko.

— Bardziej niż musiał.

To wystarczyło. Helena odsunęła się do okna. Na podwórzu między kamienicami wisiało pranie: dziecięce koszule, szare prześcieradła, czerwona halka. W dole ktoś pompował wodę ze studni, a metal jęczał regularnie, jak oddech śpiącego olbrzyma.

Na parapecie leżała kartka z kalendarza. Piątek, 3 sierpnia, oderwany równo. Dzisiaj była niedziela, 5 sierpnia. Brakowało dwóch dni.

Helena wzięła kartkę przez chusteczkę. Na odwrocie znajdował się rysunek wykonany ołówkiem: mała łódź na czarnej rzece, a w niej kobieta bez twarzy. Nad łodzią kruk trzymał w dziobie klucz.

— Marek — powiedziała.

Podszedł. Kiedy zobaczył rysunek, jego zwykle kpiąca twarz stężała.

— Skąd on to miał?

— Ty mi powiedz.

— To nie jest miejscowy znak. Przynajmniej nie cechowy.

Kłamał. Helena znała ten drobny bezruch jego powiek. Znała go od dwunastu lat, odkąd pierwszy raz wspólnie przesłuchiwali kobietę, która urodziła martwe dziecko mówiące po łacinie. Marek kłamał rzadko, ale źle.

Zanim zdążyła go przycisnąć, ze ściany dobiegł mokry trzask.

Jedna z liter spłynęła w dół. Nie jak stara krew, lecz jak świeżo rozlany atrament. Potem druga. Napis poruszył się, kurcząc i prostując, jakby ktoś po drugiej stronie tynku poprawiał zdanie.

Doktor Młynarczyk odskoczyła od ciała.

— Nie dotykać ściany!

Helena już do niej podchodziła. Wiedziała, że powinna zaczekać na ekipę od pieczęci, na fotografa, na księdza z Biura Rejestracji Zjawisk. Wiedziała też, że niektóre rzeczy znikały, gdy patrzyło na nie zbyt wielu ludzi.

Krew dopisała pod spodem nowe słowo.

Heleno.

Marek złapał ją za ramię.

— Nie czytaj dalej.

Ale dalej nie było nic. Tylko jej imię, czerwone, lśniące, intymne jak szept przy uchu.

W głowie Heleny rozległ się śmiech. Nie w pokoju, nie za ścianą. W samym środku czaszki. Krótki, dziecięcy, znajomy. Przez ułamek sekundy zobaczyła chłopca stojącego na brzegu Wisły, mokre włosy przylepione do czoła, dłoń wyciągniętą o cal za daleko.

Jej brat miał czternaście lat, kiedy umarł. Ona dwadzieścia trzy, kiedy pozwoliła mu spaść.

Ściana pociemniała. Imię wsiąkło w tynk, jakby nigdy go tam nie było. Zostało tylko pierwotne zdanie, równe i okrutne.

Helena wyszarpnęła rękę z uścisku Marka.

— Widziałeś?

Nie odpowiedział od razu.

— Widziałem, że krew pracuje.

— Pytałam, czy widziałeś imię.

Marek milczał.

To była trzecia zła wiadomość.

Z korytarza dobiegł płacz dziecka. Helena odwróciła się gwałtownie i wyszła z mieszkania. Dziewczynka w niebieskiej sukience stała przy schodach, choć ktoś musiał ją przed chwilą sprowadzić na dół. Martwy gołąb w jej ramionach poruszył skrzydłem.

— Powiedziałam, że nie wolno tu być.

Dziewczynka uśmiechnęła się smutno.

— Jutro pani zrobi coś strasznego.

Helena poczuła, jak pot na karku zmienia się w lód.

— Kto ci to powiedział?

Gołąb otworzył oczy. Były czarne, ludzkie i pełne bólu.

— Pan Kruk — odparło dziecko. — Kazał przekazać, że jeśli pani chce wiedzieć komu, ma znaleźć brakującą kartkę.

Potem ptak zatrzepotał raz, gwałtownie, rozpadł się w jej dłoniach na mokry popiół, a z popiołu wypadł mały zardzewiały klucz.

Helena podniosła go, zanim ktokolwiek inny zdążył się ruszyć, i zamknęła palce na zimnym metalu z pewnością człowieka, który właśnie przyjął dowód przeciwko samemu sobie.

02

ROZDZIAŁ 2

Druga śmierć

Sekcja zwłok Kruka ujawnia, że umarł dwa razy, a w jego ciele ukryto wspomnienie Heleny.

W prosektorium przy Kopernika zawsze było chłodniej niż w reszcie miasta, lecz tego dnia chłód miał w sobie coś fałszywego. Wentylatory mieliły powietrze nad stołami sekcyjnymi, lód topniał w metalowych korytach, a spod kafelków sączył się zapach zardzewiałej wody. Helena stała przy ścianie z rękami skrzyżowanymi na piersi i patrzyła, jak doktor Młynarczyk rozcina martwego jasnowidza od mostka do podbrzusza.

Nie paliła. Od śmierci brata nie paliła w kostnicach.

Marek Zięba siedział na parapecie pod pękniętym oknem. W dłoniach obracał święty medalik bez łańcuszka, znaleziony w kieszeni Kruka. Medalik był czarny od krwi i ciepły, chociaż od dwóch godzin leżał w misce z lodem.

— Matka Boska Bolesna — powiedział. — Ale twarz ma startą.

— Wszystkim twarz się kiedyś ściera — mruknęła Irena.

Uniosła pierwszy płat rozciętej skóry. Pod nim mięśnie miały kolor gotowanej wołowiny. Z gardła Kruka wciąż wystawały pióra; te, które wyjęto na miejscu zbrodni, ułożono obok w emaliowanej nerce. Niektóre poruszały się, choć nie było przeciągu.

— Nie powinny rosnąć po śmierci — powiedział Marek.

— Wiele rzeczy nie powinno — odparła lekarka. — A jednak milicja przynosi mi je na stół.

Helena podeszła bliżej. Nad twarzą Kruka zawieszono małe lusterko sekcyjne, srebrzone od spodu. Służyło do łapania ostatnich oddechów, jeśli trup próbował je ukryć. Teraz szkło było pęknięte w trzech miejscach, a w każdej szczelinie zebrała się para.

— Mówiła pani, że umarł przed północą — przypomniała Helena.

— Pierwszy raz.

Marek przestał bawić się medalikiem.

Irena włożyła dwa palce pod żebra, wyjęła serce i położyła je na wadze. Było małe, ciemne, z przecięciem w kształcie półksiężyca. Lekarka przekroiła je jednym ruchem.

— Zawał albo jego dobra imitacja. Serce zatrzymało się między dwudziestą trzecią czterdzieści a północą. Naturalnie tylko z punktu widzenia papierów. Z punktu widzenia Boga, jeśli jeszcze zajmuje się takimi przypadkami, ktoś ścisnął mu życie w garści.

— A drugi raz? — spytała Helena.

Irena wsunęła szczypce do gardła. Wyciągnęła pióro długie jak nóż kuchenny. U nasady tkwił kawałek mokrej tkanki.

— Uduszenie. Około drugiej. Po zatrzymaniu serca ciało odzyskało odruchy na jakieś dziewięć minut. Płuca pracowały bez zgody mózgu. Gardło próbowało krzyczeć. Wtedy wsadzono mu do środka ptaki.

— Ptaki?

— Nie pióra. Ptaki. Potem rozpadły się na to.

W prosektorium zaterkotała rura. Z kranu nad umywalką kapnęła brunatna kropla. Helena słyszała ją wyraźnie, jakby spadła komuś na język.

Marek zsunął się z parapetu.

— Wskrzeszenie?

— Nie. Wskrzeszenie wymaga długu. Ktoś musiałby umrzeć za niego, choćby na chwilę. Nie mam tu takiego śladu. To raczej powtórne uruchomienie mięsa. Jak nakręcenie zegarka, który już nie pokazuje czasu.

— Po co zabijać człowieka, który już nie żyje? — zapytał Marek.

Helena patrzyła na otwarte ciało Kruka. Na stole w mieszkaniu napisano do niej krwią, a teraz ten sam trup odpowiadał kawałkami siebie. Ściany pamiętały. Ciała również.

— Żeby druga śmierć zostawiła inny zamiar — powiedziała.

Irena spojrzała na nią z uznaniem, którego Helena nie chciała.

— Właśnie. Pierwsza śmierć była jego. Druga należała do kogoś innego.

Lekarka sięgnęła po szklaną fiolkę z krwią pobraną z komór serca. Krew była prawie czarna, ale kiedy Irena odwróciła fiolkę, na ściankach pojawiły się jaśniejsze smugi. Nie spływały przypadkiem. Układały się w drobne kreski, podobne do pisma dziecka uczącego się liter.

— Nie będę tego czytać na sucho — powiedziała. — Potrzebuję ceny.

Marek skrzywił się.

— Znowu?

— Możecie wezwać urzędnika z Biura Rejestracji Zjawisk, poczekać trzy dni na zgodę i dostać protokół, w którym połowę zdań zamalują tuszem. Albo możecie dać mi pracować.

Helena odpięła mankiet koszuli.

— Ile?

Irena pokręciła głową.

— Nie pani. Krew już panią zna. Jeśli dołożymy pani więcej, może zacząć kłamać w pani interesie.

Marek westchnął, wyjął scyzoryk i naciął opuszek kciuka.

— Byłem klerykiem — powiedział. — Ostrzegano mnie, że skończę, karmiąc diabła.

— Diabeł ma lepsze warunki lokalowe — odparła Irena.

Wpuściła kroplę jego krwi do fiolki. Potem dolała spirytusu, startego srebra i odrobinę własnej śliny. Krew zabulgotała. W pękniętym lustrze nad stołem pojawiła się mgła, a w niej ciemny korytarz.

Helena poczuła, jak prostują jej się plecy.

Najpierw zobaczyła stopy. Bose, chłopięce, brudne od gliny. Potem wodę, płytką i mętną, z rudym nalotem na kamieniach. Sierpniowe słońce drżało na powierzchni rzeki. Ktoś oddychał szybko, prawie ze śmiechem. Ktoś inny mówił: nie rób tego, Hela.

Marek odwrócił głowę ku niej.

Helena nie poruszyła się.

W lustrze pojawiła się dziewczyna o mokrych włosach przylepionych do policzków. Miała dwadzieścia trzy lata i twarz Heleny sprzed wszystkich służbowych legitymacji, rozkazów i trupów. Klęczała w mule. Przed nią chłopiec z rozciętą brwią trzymał się korzenia wystającego z brzegu. Adam. Młodszy o dziewięć lat. Chudy, wściekły, żywy.

Obraz drgnął, jakby czyjaś ręka zamazała go brudną szmatą. Dziewczyna chwyciła chłopca za nadgarstek. Nie było widać, czy ciągnie go do siebie, czy odpycha.

— Dość — powiedziała Helena.

Irena nie przerwała.

Wspomnienie miało zapach mokrego tynku i żelaza. Nie rzeki. Nie trawy. Tynku. Jak w piwnicy komisariatu przy Siemiradzkiego, gdzie po raz pierwszy przesłuchiwała Kruka jako młoda aspirantka.

W lustrze stary więzień podniósł twarz znad stołu i uśmiechnął się bez zębów.

— On nie utonął — powiedział głosem chłopca z rzeki. — Ty tylko przestałaś patrzeć.

Fiolka pękła w dłoni Ireny. Czarna krew rozlała się po metalu i zastygła w jednym słowie.

ADAM.

Marek zaklął cicho. Irena po raz pierwszy wyglądała na przestraszoną.

Helena zapięła mankiet, choć palce miała sztywne jak u trupa. Przez chwilę słyszała jeszcze plusk wody, a potem tylko własny oddech.

— Szukamy mojego brata — powiedziała.

W lustrze mgła opadła. Zostało w nim troje żywych ludzi i jeden otwarty trup, który wreszcie przestał milczeć. przesłuchiwała Kruka jako młoda aspirantka.

W lustrze mgła opadła. Zostało w nim troje żywych ludzi i jeden otwarty trup, który wreszcie przestał milczeć.

03

ROZDZIAŁ 3

Targ pod powiekami

Helena i Marek schodzą pod Halę Targową, gdzie daty śmierci sprzedaje się w butelkach po occie.

Na zewnątrz prosektorium sierpień uderzył ich w twarz jak mokra szmata. Helena wyszła pierwsza, nie czekając, aż Marek skończy rozmawiać z Ireną o protokole, którego i tak nie zamierzali pisać zgodnie z prawdą. Na dziedzińcu szpitalnym stały dwie karetki, jedna bez kół, druga z relikwią świętego Rocha przywiązaną drutem do chłodnicy. Z kranu przy murze ciekła woda koloru rdzy.

Marek dogonił ją przy bramie.

— Młynarczyk mówi, że pióra były karmione snem — powiedział.

Helena poprawiła pasek torebki na ramieniu.

— Każdy jasnowidz karmi się snem.

— Nie takim. W nasadach znalazła mak. Czarny. Nie lekarski. Targowy.

Helena zatrzymała się dopiero przy chodniku, gdzie asfalt miękł od upału i przyklejał się do podeszw.

— Pod Halą?

Marek skinął głową.

— Jeśli ktoś kupił Krukowi drugą śmierć, tam mógł zapłacić. Albo tam ją zamówił.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Między nimi wisiało imię Adam, świeże i lepkie jak krew na stole sekcyjnym. Marek nie pytał. To było najgorsze. Pytania można było odeprzeć, skłamać, zamienić w służbowy rozkaz. Milczenie wchodziło pod skórę.

— Weźmiemy wsparcie? — zapytał w końcu.

— Do podziemnego targu snów? Żeby pół Krakowa wiedziało, czego szukamy, zanim zejdziemy po schodach?

— Pomyślałem, że odmówisz.

— To po co pytasz?

— Żeby mieć czyste sumienie, kiedy nas tam zarżną.

Hala Targowa za dnia udawała zwyczajne targowisko. Kobiety w chustkach sprzedawały jajka oznaczone pieczęcią sanepidu i błogosławieństwem parafii, chłopi rozkładali na gazetach śliwki, cebulę i króliki z oczami zaszłymi błoną. Nad wszystkim unosił się zapach kopru, potu i mięsa, które zbyt długo leżało na słońcu.

Dopiero po zamknięciu bram zaczynał się prawdziwy targ.

Helena i Marek przyszli o zmierzchu. Niebo nad dachami miało kolor starego siniaka. Z pobliskiej piekarni wynoszono worki z mąką, a od strony torów dochodziło krakanie. Na szczycie latarni siedziały trzy kruki. Nie poruszyły się, kiedy Helena podniosła wzrok.

Przy bocznych drzwiach Hali stał ślepy mężczyzna w białym fartuchu rzeźnika. Oczy miał zaszyte czarną nicią, ale odwrócił twarz dokładnie ku nim.

— Po sen, po krew czy po koniec? — spytał.

Marek pokazał mu legitymację.

Ślepiec roześmiał się cicho.

— To na górze działa. Na dole tylko monety, pamięć albo ząb.

Helena wyjęła z kieszeni srebrną dwudziestkę z naciętym orłem. Moneta była służbowa, poświęcona i zakazana do użycia poza akcją. Położyła ją na dłoni strażnika.

Mężczyzna syknął, kiedy srebro dotknęło skóry, lecz zacisnął palce.

— Milicja schodzi na własny rachunek — powiedział. — Jak coś zgubicie, nie szukamy.

Otworzył drzwi.

Schody prowadziły pod halę, niżej niż piwnice, niżej niż kanały. Ściany były mokre i pobielone wapnem. Ktoś wydrapał na nich daty: 12 XI 1971, 3 V 1980, 6 VIII 1984. Helena zatrzymała się przy ostatniej.

Cyfry były świeże. W rowkach błyszczała wilgoć.

— Nie dotykaj — powiedział Marek.

— Nie zamierzałam.

— Zamierzałaś.

Nie odpowiedziała.

Na dole czekał gwar. Nie głośny, raczej szeptany tysiącami gardeł. Podziemna sala wspierała się na ceglanych filarach, z których zwisały sznury suszonych ziół, dziecięce włosy, paski modlitewnych kartek. Lampy naftowe paliły się niebieskim płomieniem. Za ladami stali ludzie bez cieni, kobiety z ustami zszytymi na czas postu, chłopcy w mundurkach szkolnych sprzedający cudze koszmary w słoikach po musztardzie.

Targ pod powiekami.

Helena była tu dwa razy w życiu. Za pierwszym razem szukała dziewczyny, która sprzedała sen o własnym dziecku i zapomniała, że je urodziła. Za drugim wynosiła stąd trzech funkcjonariuszy Biura Rejestracji Zjawisk, pustych od środka jak wydmuszki. Od tamtej pory Wydział udawał, że targ nie istnieje, a targ udawał, że czasem pomaga Wydziałowi.

— Daty śmierci? — Marek spytał staruszkę siedzącą przy skrzynce jabłek.

Staruszka miała palce czerwone od obierania skóry z czegoś, co nie było owocem.

— W lewo od żalu, prosto do końca, potem pytać o Panią Niedzielę.

— Dzisiaj piątek — mruknął Marek.

— Dla was.

Szli wąskim przejściem między straganami. W szklanych kulach spały niemowlęce sny: mleko, ciepło, bicie serca. Obok mężczyzna z twarzą urzędnika sprzedawał przewidywania w rulonach; każdy opieczętowany był przez Biuro, każda pieczęć fałszywa. Na jednym ze stołów leżały kartki z kalendarza, pojedyncze dni wyrwane z różnych lat. Kartka z szóstym sierpnia była odwrócona drukiem do dołu i przyciśnięta kamieniem.

Helena poczuła nagły skurcz w żołądku.

— Major — odezwał się ktoś za nią.

Odwróciła się. Za ladą pełną buteleczek po occie stała dziewczynka z klatki schodowej na Ciemnej. Niebieska sukienka, bose stopy, jasne nieruchome oczy. Martwego gołębia już nie miała. Zamiast niego trzymała na rękach czarnego koguta bez głowy.

Marek stanął pół kroku przed Heleną.

— Ty.

Dziewczynka uśmiechnęła się tak, jak uśmiechają się starzy ludzie, którym zostało zbyt mało zębów i zbyt dużo wiedzy.

— Pan Kruk mówił, że pani przyjdzie.

— Kruk nie żyje — powiedziała Helena.

— To mu nie przeszkadza mówić tam, gdzie zapłacił wcześniej.

— Jak masz na imię?

— Dzisiaj? Niedziela.

Marek bardzo powoli wypuścił powietrze.

Na półkach za dzieckiem stały butelki wypełnione mętnym płynem. W każdej pływał skrawek papieru, włos albo paznokieć. Na korkach wypisano daty.

— Sprzedajesz śmierć? — spytała Helena.

— Nie. Śmierć przychodzi za darmo. Ja sprzedaję wiedzę, kiedy zapuka. Czasem komuś to pomaga. Czasem psuje całe życie. Zależy od klienta.

— Kto kupił datę Wiktora Brzezińskiego?

Dziewczynka pogłaskała martwego koguta po nieistniejącej głowie.

— Tego nie mogę powiedzieć bez ceny.

Helena wyjęła drugą monetę. Niedziela nawet na nią nie spojrzała.

— Nie srebro. Prawdziwą cenę.

— Jaką?

— Sen z dzieciństwa. Jeden dobry.

Marek wtrącił ostro:

— Nie.

Helena spojrzała na niego.

— To rozkaz — powiedziała cicho, choć zabrzmiało to bardziej jak prośba.

Marek zamilkł.

Helena zamknęła oczy i wybrała najcieplejszy sen: matka czesząca jej włosy przy otwartym oknie, zapach mydła i lip, głos ojca z podwórza. Kiedy Niedziela wyciągnęła rękę, wspomnienie oderwało się bez bólu, ale po nim została zimna, gładka dziura.

Dziewczynka odkorkowała jedną z butelek. W środku pływał skrawek aktu zgonu.

— Datę kupił sam Brzeziński — powiedziała. — Nie dla siebie. Dla tego, kto miał po nim przyjść.

— Kto? — spytał Marek.

Niedziela spojrzała na Helenę.

— Pani już go zna. I on wie, że pani pamięta za mało.

Targ przygasł, jakby ktoś przymknął powieki świata. Helena schowała buteleczkę do kieszeni. Nie miała już tamtego snu, ale został ciężar po nim: dowód, że kiedyś była kochana.

— Wracamy — powiedziała.

Za nimi kogut bez głowy zapiał cienko na świt, którego nie było. kaz — powiedziała cicho, choć zabrzmiało to bardziej jak prośba.

Za nimi kogut bez głowy zapiał cienko na świt, którego nie było.

04

ROZDZIAŁ 4

Rzeka pod tynkiem

Helena znajduje w aktach brata ślad tej samej ręki, a Marek odkrywa, że ukryła dowód.

Kiedy wyszli spod Hali Targowej, noc była gorętsza niż dzień. Powietrze stało nieruchomo między straganami, słodkie od zgniłych śliwek i kwaśne od potu. Helena oparła dłoń o mur, bo przez chwilę nie pamiętała, jak się oddycha.

Oddała sen.

Wiedziała, że był dobry, bo po nim została dziura o gładkich brzegach. Pamiętała krzesło przy oknie, pamiętała miskę z wodą, pamiętała nawet grzebień z wyłamanym zębem, ale twarz matki rozmazała się w pustą plamę. Ręce, które kiedyś czesały jej włosy, należały teraz do nikogo.

Marek stał obok i nie mówił. W dłoni trzymał buteleczkę po occie, którą Pani Niedziela sprzedała im za tamto dzieciństwo. W mętnym płynie pływał kawałek papieru. Na nim, drobnym pismem, zapisano: WIKTOR BRZEZIŃSKI — 5 VIII 1984, ŚMIERĆ PIERWSZA, ŚMIERĆ DRUGA, ODBIÓR: A.

Pod spodem widniał znak okręgu przeciętego pionową kreską.

— „A” jak Autor — powiedział Marek.

— Albo jak Adam.

Spojrzał na nią szybko.

Helena żałowała słów, zanim wybrzmiały. Odwróciła się ku ulicy. Nad dachami Kazimierza krążyły ptaki, czarne plamy na granatowym niebie. Nie musiały być krukami. O tej porze wszystko wyglądało jak kruk.

— Jedziemy na Siemiradzkiego — powiedziała.

— Do archiwum?

— Do piwnicy.

— O północy?

— Akta mojego brata leżą tam od siedemnastu lat. Mogą poczekać jeszcze pięć minut, ale ja nie.

Komisariat przy Siemiradzkiego pachniał wapnem, papierosami i zardzewiałą wodą. Nocny dyżurny spał z głową opartą o maszynę do pisania, a nad jego biurkiem wisiał portret generała, któremu ktoś domalował ołówkiem aureolę. Helena wzięła klucze bez pytania. Nikt nie próbował jej zatrzymać.

Piwnica była chłodna tylko z nazwy. Ściany pociły się od środka. Woda sączyła się spomiędzy cegieł i zostawiała rude żyły, jakby budynek powoli krwawił. Żarówka pod sufitem mrugała, zanim zdecydowała się świecić.

Marek szedł za nią z buteleczką owiniętą w chustkę.

— Helena.

— Nie teraz.

— Właśnie teraz.

Zatrzymała się przed stalową szafą przeznaczoną na akta spraw rodzinnych funkcjonariuszy. Klucz wszedł ciężko, jakby zamek zarósł rdzą.

— Kruk miał w sobie twoją pamięć — powiedział Marek. — Na targu sprzedają datę jego śmierci komuś oznaczonemu literą A. Ty znasz ten znak sprzed śmierci brata. I dopiero teraz uznałaś, że warto zajrzeć do akt?

— Wcześniej nie było powodu.

— Nie kłam mi jak podejrzanej.

Odwróciła głowę. W półmroku jego twarz wyglądała starzej. Były kleryk, były wierzący, obecny milicjant; człowiek, który nauczył się rozpoznawać grzech po zapachu, a mimo to wciąż udawał, że chodzi o dowody.

— To rozkaz? — zapytała.

— Nie. Prośba.

To było gorsze.

Helena otworzyła szafę. Teczka Adama Sarnowskiego leżała tam, gdzie musiała leżeć: między pożarem magazynu spirytusu a samobójstwem kasjerki, która po śmierci nadal wydawała resztę. Na okładce ktoś dopisał czerwonym ołówkiem: WYPADEK. BRAK DZIAŁANIA OSÓB TRZECICH.

Papier był wilgotny. Zdjęcia przykleiły się do protokołu.

Adam miał na nich czternaście lat i twarz obcego dziecka. Leżał na brzegu rzeki, koszula przylepiona do żeber, włosy pełne mułu. Helena poczuła w ustach smak rdzy. Przez siedemnaście lat przekonywała samą siebie, że pamięta ten dzień źle, bo trauma rozbiła obraz na kawałki. Teraz wiedziała, że ktoś mógł pomóc jej zapomnieć dokładnie tyle, ile trzeba.

Marek pochylił się nad zdjęciem.

— Tu — powiedział.

Na szyi chłopca, tuż pod uchem, widniał drobny znak. Okrąg przecięty kreską. Lekarz sądowy opisał go jako otarcie po gałęzi.

Helena przełożyła kartkę.

Protokół przesłuchania świadka spisano na cienkim, przebitkowym papierze. Nazwisko zamazano, ale atrament nie zniknął równo. Pod światło dało się odczytać: Wiktor B., lat dwadzieścia sześć, bez stałego zatrudnienia, jasnowidz niezarejestrowany.

— Kruk był przy rzece — powiedział Marek cicho.

Helena pamiętała jego twarz z piwnicy, ale nie z brzegu. Pamiętała tylko Adama trzymającego się korzenia i własne mokre dłonie. Nie rób tego, Hela. Potem plusk. Potem nic, aż do kostnicy i symbolu na ścianie, który milicjant kazał zamalować, zanim przyszedł ojciec.

W teczce brakowało jednej strony.

Helena wiedziała której, zanim zauważyła ślady po wyrwaniu. Zeznanie siostry. Jej zeznanie. To, w którym powiedziała, że Adam puścił sam.

Marek patrzył już nie na akta, lecz na nią.

— Co zabrałaś z mieszkania Kruka?

Nie odpowiedziała.

— Na parapecie coś leżało. Widziałem, jak chowasz rękę do kieszeni, zanim weszła Młynarczyk. Myślałem, że to odruch. Że chcesz sprawdzić poza protokołem. Ale potem nic nie powiedziałaś.

Helena zamknęła teczkę.

— Nie było czasu.

— Były trzy sekcje, targ snów i przejazd przez pół miasta. Czas się znalazł. Prawdy nie.

W piwnicy coś stuknęło w rurach. Żarówka przygasła. Przez chwilę słyszeli wodę płynącą za ścianą, choć po tej stronie miasta nie było żadnej rzeki.

Helena sięgnęła do wewnętrznej kieszeni marynarki. Wyjęła kartkę z kalendarza. Papier był sztywny od zaschniętej wilgoci, pożółkły na rogach. Szósty sierpnia. Rok 1967.

Nie jutrzejszy dzień. Tamten.

Na odwrocie widniały trzy słowa zapisane pismem Adama: „Nie puściłem sam”.

Marek nie wyciągnął ręki. Tylko pobladł, jakby kartka była relikwią albo wyrokiem.

Helena przez chwilę stała bez ruchu. Potem zrozumiała, że przez wszystkie te lata bała się nie tego, iż zabiła brata, ale że ktoś odebrał jej nawet prawo do winy.

— Jutro pójdziemy nad rzekę — powiedziała. — Z aktami. Z tym. Ze wszystkim.

— A jeśli ona odda resztę?

Helena schowała kartkę z powrotem, ale tym razem nie do kieszeni. Wsunęła ją między zdjęcia Adama.

— To wysłucham.

Za ścianą woda ucichła. Tynk, mokry od środka, pękł cienką linią od sufitu do podłogi. Przez szczelinę nie wypłynęło nic oprócz chłodu i zapachu mułu.

Marek zgasił światło. W ciemności Helena po raz pierwszy od siedemnastu lat nie usłyszała plusku. Tylko własny oddech, równy i obcy, jakby dopiero teraz należał do niej. widniały trzy słowa zapisane pismem Adama: „Nie puściłem sam”.

Marek zgasił światło. W ciemności Helena po raz pierwszy od siedemnastu lat nie usłyszała plusku. Tylko własny oddech, równy i obcy, jakby dopiero teraz należał do niej.

05

ROZDZIAŁ 5

Jedno życie za wodę

Autor stawia Helenę przed wyborem, którego nie da się wpisać do protokołu.

Telefon zadzwonił, kiedy wychodzili z piwnicy.

Nie powinien. Aparat dyżurnego odłączano po dwudziestej trzeciej, żeby zmarli petenci nie dzwonili ze skargami na błędy w aktach. Mimo to czarna słuchawka drżała na widełkach, a dzwonek niósł się po pustym korytarzu cienko, natarczywie, jak owad zamknięty w szklance.

Dyżurny spał dalej z policzkiem opartym o maszynę do pisania. Klawisze poruszały się same, wystukując jedno zdanie.

PRZYJDŹ NAD WODĘ, HELENO.

Marek zdjął słuchawkę, zanim zdążyła go powstrzymać. Twarz stężała mu natychmiast.

— Nie — powiedział do aparatu.

Helena wyrwała mu słuchawkę.

Najpierw usłyszała bulgot. Potem oddech dziecka, krótki i urywany. Na końcu głos Kruka, ale jakby puszczony z płyty zbyt wolno.

— Pani major — zachrypiał. — On pisze dalej.

— Kto?

W słuchawce coś stuknęło. Jak paznokieć o szkło.

— Autor lubi stare sceny. Rzeka, noc, świadek, siostra. Tym razem dodał odpływ.

— Gdzie?

— Stacja filtrów za mostem. Stara, zamknięta. Ma pani piętnaście minut, zanim dziecko zacznie pić.

Połączenie urwało się. W aparacie została tylko woda.

Marek patrzył na nią z gniewem, który był jeszcze formą strachu.

— To pułapka.

— Oczywiście.

— Więc jedziemy sami?

— Jeśli weźmiemy ludzi, umrą szybciej.

Nie sprzeczał się. To było najgorsze: że oboje wiedzieli, jak działały takie zaproszenia.

Na zewnątrz noc zgęstniała. Kraków leżał pod upałem jak ciało pod prześcieradłem. Radiowóz nie chciał zapalić za pierwszym razem. Za drugim ruszył, jakby ktoś pchnął go od tyłu mokrą dłonią.

Przy filtrach czekała cisza. W betonowym basenie stała dziewczynka, woda sięgała jej do brody. Nad nią, na rurze, wisiała kartka: JEDNO ŻYCIE ZA WODĘ.

Helena weszła bez słowa. Marek skoczył za nią, ale zatrzymała go spojrzeniem.

— Nie pozwól mu tego opisać po swojemu — powiedziała.

Potem zanurzyła ręce, znalazła zawór i przekręciła go do końca. Woda opadła wokół dziecka, lecz jednocześnie wezbrała wokół Heleny, czarna i posłuszna. Kiedy Marek wyciągnął dziewczynkę na brzeg, po major została tylko czapka unosząca się na powierzchni.

O świcie telefony milczały. Maszyna dyżurnego wystukała ostatnią linijkę, tym razem bez błędu:

HELENA WRÓCIŁA DO BRATA. NIE SZUKAĆ.

Marek złożył kartkę i schował ją przy sercu. Nad Wisłą pierwszy raz od tygodni pachniało deszczem. ł zapalić za pierwszym razem. Za drugim ruszył, jakby ktoś pchnął go od tyłu mokrą dłonią.

Marek złożył kartkę i schował ją przy sercu. Nad Wisłą pierwszy raz od tygodni pachniało deszczem.

06

ROZDZIAŁ 6

Cena prawdy

Helena wraca z wody z prawdą, która domaga się kolejnej ofiary.

Woda nie miała dna.

Helena spadała długo, choć betonowy basen przy filtrach był płytki jak wanna dla olbrzyma. Nad nią zgasło światło latarki Marka, krzyk dziecka rozciągnął się w cienką nić, a świat odwrócił się na lewą stronę. Nie czuła bólu. Tylko zimno w płucach i smak rdzy na języku.

Potem dotknęła stopami mułu.

Stała w rzece.

Sierpniowe słońce paliło kark, trzciny szeleściły przy brzegu, a woda sięgała jej do kolan. Nie miała już marynarki ani pistoletu. Na sobie miała letnią sukienkę sprzed siedemnastu lat, mokrą, lepką, obcą. Na drugim brzegu krakały ptaki.

— Hela.

Nie odwróciła się od razu. Bała się, że jeśli spojrzy, zobaczy to, co pamiętała: rękę brata zsuwającą się z korzenia, twarz pełną niedowierzania, własne palce puszczające za wcześnie albo za późno.

— Hela — powtórzył Adam.

Stał kilka kroków dalej, po pas w wodzie. Czternaście lat, rozcięta brew, mokre włosy przylepione do czoła. Tylko oczy miał starsze od jej własnych.

— Nie urosłeś — powiedziała.

— Umarłym rzadko się zdarza.

— Nie jesteś martwy.

Uśmiechnął się krzywo.

— Ty też nie. Jeszcze.

Za nim rzeka urywała się w ścianę. Nie w brzeg, nie w las, ale w mokry tynk kamienicy przy Ciemnej. Na nim, pod warstwami wapna, poruszały się litery. Jedne stare, wyblakłe, inne świeże i czerwone. Ściana pamiętała więcej niż ludzie, bo nigdy nie spała i nie miała sumienia.

Helena ruszyła do brata, ale woda zgęstniała wokół jej nóg.

— Kto to zrobił? — spytała. — Kruk?

Adam spojrzał w stronę brzegu.

Dopiero teraz zobaczyła Wiktora Brzezińskiego. Młody, chudy, z włosami związanymi rzemykiem, stał pod wierzbą i trzymał zeszyt. Nie patrzył na tonącego chłopca. Patrzył na dziewczynę, którą Helena była, na jej przerażenie, na winę dopiero rodzącą się pod skórą.

Obok niego stał ktoś jeszcze.

Człowiek bez twarzy, w szarym garniturze urzędnika. Tam, gdzie powinna być głowa, miał złożone kartki papieru, zapisane drobnym pismem. Wiatr przewracał je powoli. Na każdej stronie powtarzało się jedno słowo: później.

— Autor — powiedziała Helena.

Postać ukłoniła się lekko. Z jego rękawa kapała krew, ale krople nie wpadały do rzeki. Zawisały w powietrzu i układały się w zdania.

— On nie zabił Adama — powiedział Kruk, nie podnosząc wzroku znad zeszytu. Głos miał zachrypnięty piórami, choć był jeszcze żywy. — Ja tylko sprzedałem scenę. Byłem głodny. Każdy jasnowidz kiedyś sprzedaje cudzą ranę.

— Komu?

Kruk wskazał piórem na człowieka z kartek.

— Temu, który nie potrafi działać, dopóki ktoś inny nie poczuje się winny.

Helena poczuła, jak słowo wchodzi pod żebra, stare i znajome. Adam podszedł bliżej. Tym razem woda go nie zabrała.

— Puściłaś, bo kazałem — powiedział cicho. — Nie mogłaś nas uratować obojga.

— Mogłam powiedzieć prawdę.

— Teraz powiesz.

Człowiek z papieru cofnął się, a kartki zaszeleściły jak przestraszone ptaki. Helena zanurzyła dłonie w rzece i wyciągnęła z mułu czarny, ciężki zeszyt. Nie należał do Kruka. Należał do niej.

Otworzyła oczy.

Leżała na betonie, kaszląc wodą i krwią. Marek klęczał nad nią, blady, trzymając dziecko przy piersi. Z daleka dobiegały syreny.

Helena uniosła drżącą rękę. W palcach miała mokrą kartkę, a na niej nazwiska, daty i jedno zdanie zapisane jej własnym pismem: „To nie Adam zatonął pierwszy”.

Przycisnęła ją do serca.

— Zaczniemy od początku — wyszeptała.

Za pękniętym oknem świt dotknął murów kamienic przy Ciemnej, a stare litery po raz pierwszy przestały krwawić. winny.

Za pękniętym oknem świt dotknął murów kamienic przy Ciemnej, a stare litery po raz pierwszy przestały krwawić.